piątek, 8 marca 2019

(Nie)fotogeniczny Śląsk. Ona

Dziś szczególny dzień. W związku z tym dziś bohaterką fotografii jest ona. Lub raczej, jak mówi się na Śląsku łona.

— Co to jest "te łon"? — spytał mnie kiedyś niczego nierozumiejący z godki serdeczny kolega, oczywiście "czysty gorol".
— No... ten łon to jest ... ten łon — wytłumaczyłem rzeczowo.

No to dziś ta łona. Jadymy po leku: huta, bana, droga, gruba, heksa i bulyta (może też być łon: maras, ale dziś wygrywo bulyta).

Łona: huta

Łona: bana

Łona: droga — średnicówka i N-S (ale góry!)




Łona: gruba

Łona: heksa

Łona: bulyta


Na Dzień Kobiet. Wiersz


Na kanwie melodramatu w Drutexie odszukałem kiedyś napisany tekst (parę lat temu) i lekko go odrestaurowałem. Myślę, że pasuje do święta i pasuje do obecnych wydarzeń w "świecie". Wrzucam dziś w prezencie na Dzień Kobiet. 

Wszystkim Pannom oraz Paniom życzę wszystkiego najlepszego!

Młodych ludzi dominacja
Wręcz niezdrowa
Oto wielka korporacja
Międzynarodowa 
Na parkingu drogie fury
A pod dachem piękne biuro
Zarządu
Kole w oczy swym wyglądem
Poczekalnia, taborecik
A za drzwiami gabinecik
W nim pan prezes z panią Zosią
Nieustannie się tarmoszą
Piętro niżej mniej dywanów
Lecz to samo co dzień rano
Poczekalnia, taborecik
A za drzwiami gabinecik
W nim dyrektor z panią Jolą
Nieustannie się [cenzura] 
Miasto, droga, za nią sklepik kolonialny
A w sklepiku tłum genialny
Za kotarą jest zaplecze
Na zapleczu – ach, nie wiecie
Pan właściciel z panią Alą
Nieustannie się migdalą

A gdzieś dalej
W mieście małym
Mają miejsce
(F)akty niebywałe
W instytucie na parterze
Funkcjonuje technik Jerzy
Nie marudzi, nie grymasi
Lecz ugniata panią Basię
A w urzędzie za zakrętem
Błysnął nawet Jaś talentem
Ten co zwykle cięgi zbiera
Dziś do Izy się dobiera
Wiedz mój drogi czytelniku
Iż takowe fiku-miku
W każdym mieście się wydarza
W domach, blokach i w garażach
W każdej firmie się wydarza
W restauracji, u piekarza
I w call center, i w urzędzie
Wierz mi druhu, burdel wszędzie!


czwartek, 7 marca 2019

Statystyki polskiej giełdy. "Szału" nie ma

Inny wybitny autor wydawnictwa Helion - Piotr Rybicki popełnił artykuł dla Nadzoru Korporacyjnego pt.
[Kliknij:] Co się stało z naszą giełdą…

Mnie nie pozostaje nic innego, jak uzupełnienie postawionych tez o "obrobione" statystyki giełdy, które są dostępne na jej stronie:


środa, 6 marca 2019

Coś "jest na rzeczy" w Korbielowie

Za Lanovky.sk (wywiad z przedstawicielem Tatralift):

Odpojiteľná 4-sedačková lanová dráha Korbielów-Buczynka v Poľsku bola realizovaná v roku 2015 ale dosiaľ nebola v prevádzke, nakoľko Tatralift eviduje voči investorovi nezaplatenú pohľadávku vo výške 2,4 milióna eur. Budeme sa môcť na tejto inštalácii čoskoro previezť alebo plánujete jej demontáž a presun do inej lokality?

V súčasnej dobe prebiehajú rokovania s novým investorom, ktorý má záujem lanovku kúpiť v mieste jej súčasnej inštalácie.

Za Google Translator:

Odłączana 4-osobowa kolejka Korbielów-Buczynka w Polsce została wdrożona w 2015 roku, ale jeszcze nie działa, ponieważ Tatralift rejestruje inwestorowi niezapłaconą należność w wysokości 2,4 mln EUR. Czy będziemy mogli wkrótce kontynuować tę instalację, czy też planujemy ją rozebrać i przenieść do innej lokalizacji?

Obecnie trwają negocjacje z nowym inwestorem, który chce kupić kolejkę linową na miejscu swojej obecnej instalacji.




Niestety miałem rację. W Krynicy, Bytomiu i Opolu hokej padł

Nowy klub w ekstralidze?
Jakiś czas temu pisałem, że prawdopodobnie Naprzód Janów awansuje (w sumie po bardzo dobrym sezonie w I lidze) w tym sezonie do ekstraligi hokeja nie tylko z powodu dobrej gry, ale być może także z powodu ... braku rywali. A wygrać musiał nie tylko z systemem, ale również z kretyńskim regulaminem, gdzie po wywalczeniu 1. miejsca w niższej lidze należało jeszcze wyprzedzić dwie z trzech drużyn z ekstraligi w tak zwanych barażach. Dlatego Naprzód przed barażami solidnie wzmocnił skład, w zasadzie dziś nie wiadomo po co. Rozgrywki są zaledwie na półmetku, ale już wiemy, że się udało, i to w zasadzie ... bez gry. Rywale bowiem sukcesywnie zaczęli się w trakcie sezonu po prostu sypać:

  • Jedyny w miarę profesjonalny rywal na zapleczu ekstraligi (Krynica) wycofał się z rywalizacji w grudniu.
  • Polonia Bytom po sezonie zasadniczym w ogóle nie przystąpiła do baraży.
  • A Orlik Opole rozegrał cztery mecze (w tym jeden przegrany i jeden zwycięski z Naprzodem) i też ... wycofał się z rywalizacji.
W sumie pewnie zarówno w Sosnowcu (Zagłębie też trafiło do baraży), jak i w dzielnicy Katowic plują sobie dziś w brodę. Gdyby do walki przystąpiono w wariancie oszczędnościowym, bez żadnych wzmocnień, efekt tych rozgrywek ... byłby ten sam.
Wrócili. Wygrali rywalizację głównie ... walkowerami
Gratulacje dla Sosnowca za utrzymanie i dla Janowa za awans chyba jednak byłyby przedwczesne. Nasz związek hokejowy jest nieprzewidywalny, a jego decyzje rzadko mają coś wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, a już na pewno nie ze sprawiedliwością i duchem gry. Lepiej poczekajmy. Pożyjemy, zobaczymy.

A związek hokejowy ma chyba o czym myśleć - nad stanem dyscypliny. Choć ma własne problemy, to jest zadłużenie wobec zawodników, firm i państwa. W tle ciekawych play-offów mamy dramatyczny obraz słabszych klubów. I coraz więcej miast, gdzie hokej ma swoje tradycje, ale na dziś nie istnieje i nie ma wielkich szans, aby zaistniał wkrótce. Swoją cegiełkę do ponurej sytuacji dołożyły pewnie też wybory samorządowe, gdzie "przed" były wielkie obietnice, a "po" jest cięcie kosztów i bąkanie o skupieniu się na pracy z juniorami. Fajnie, że z juniorami, ale gdzie oni potem mają rozwijać swoją karierę - warto zapytać.
O wycofaniu się Opola poinformował "świat" bramkarz Nobis

Oto miejsca, gdzie już polskiego hokeja nie ma i gdzie nie wiadomo, kiedy wróci:
  • Krynica - kolebka dyscypliny. Perspektywy na przyszłość - na razie brak. Powody finansowe.
    Krynica to kolebka polskiego hokeja, ale bez ... drużyny
  • Bytom - miasto mistrzów Polski sprzed lat. Perspektywy - do momentu powstania nowej hali hokeja seniorskiego ma nie być. Czyli długo.
    Tu już chyba nigdy nie wpuszczą ludzi
  • Opole - stosunkowo nowe miejsce na hokejowej mapie, z dość małym zainteresowaniem. Upadek właśnie nastąpił. Perspektywy - nieznane.
    To lodowisko opustoszało. Opolski hokej własnie padł
  • Warszawa - stolica. Drużyna rozsypała się parę lat temu. Brak chęci finansowania hokeja przez Legię i miasto. Perspektywy - nieznane.
    W Warszawie nie ma dziś "presji na hokej"
  • Łódź - miasto znanego klubu, z kibicami. Hokeja profesjonalnego nie ma tam od ok. 30 lat. jest amatorski. Na dziś może to i dużo. Perspektywy - może kiedyś.
    ŁKS Łódź grał niegdyś w ekstralidze hokeja
  • Bydgoszcz - odwieczny rywal Torunia. Hokej tam sypnął się po przegranych play-offach o awans do ekstraligi i ... już tak zostało. Perspektywy - chyba żadne.
    Bydgoszcz kiedyś rywalizowała z Toruniem, także w hokeju
  • Sanok - miasta mistrza Polski sprzed paru lat. Klub jest, ale gra w lidze ... słowackiej. Perspektywy powrotu do Polski - coś tam się o tym wspomina, więc "może".
    Sanok gra w niższej lidze słowackiej
A obawiam się, że będzie jeszcze gorzej. Na dziś Sosnowiec "wyłączył" z przetargu na sportowe centrum nowe lodowisko i nową halę. Pozostał w grze tylko stadion.
W planach został tylko stadion
A stare lodowisko jest w katastrofalnym stanie.
Lodowisko jest "źle" położone i w fatalnym stanie technicznym
 A o innych problemach w innych klubach pewnie jeszcze nie wiemy. Quo vadis, olimpijska dyscyplino?
Co to były za czasy?

O co chodzi w sporze nauczycieli z rządem? Chodzi o "moment"

Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej pensum nauczyciela wynosiło 26 godzin lekcyjnych. Ustawodawca zakładał wówczas, że nauczyciel nie tylko pracuje na lekcjach, musi się także do nich przygotować, a przygotowania zabierają w proporcji do lekcji mniej więcej jak 1 do 1. W związku z tym, że godzina lekcyjna to tak naprawdę 45 min., czyli powyższe oznacza pracę w wymiarze tygodniowym ok. 35 godzin rzeczywistych.

Tak było w czasach wyżu demograficznego, po wyżu, jak to w przyrodzie bywa, nastał niż. I w tym niżu, głównie w trosce o posady nauczycieli rząd zdecydował się zmniejszyć pensum do 18 godzin, czyli, zachowując wcześniejsze wyliczenia, ok. 24 godzin rzeczywistych. W praktyce tych godzin średnio jest jeszcze mniej, bo wakacje letnie, bo ferie świąteczne, bo ferie zimowe, itd., itp.

Ale zostańmy przy ww. wyliczeniach, oczywiście w jakiś sposób uśrednionych i nie w pełni oddających rzeczywistości każdego nauczyciela. Wśród nich są bowiem osoby bardzo ambitne, które swoją pracę wykonują dużo skrupulatniej, co więcej, nieustannie się dokształcają, są też, nie da się tego ukryć, pospolici ślizgający się w swej pracy lenie, jak w każdym zawodzie zresztą.

Ile zarabiają nauczyciele? Krąży wobec tego tematu wiele mitów. Nauczyciele pokazują na pasku kwotę netto, ich przeciwnicy chcę zobaczyć cały PIT (tajemnicą poliszynela jest fakt, że wobec niskiego pensum wielu ambitniejszych nauczycieli pracuje na ... dwa etaty), każdy mówi co chce i przedstawia rzeczywistość na swoją korzyść. A sprawa jest stosunkowo prosta. Jeśli pozostać przy nauczycielach w szkołach, gdzie obowiązuje Karta Nauczyciela, to zarobki są regulowane rozporządzeniem, a projekt ich wysokości na 2019 rok jest następujący:

"ŚREDNIE WYNAGRODZENIE NAUCZYCIELI OD 1 STYCZNIA 2019 ROKU

Wynagrodzenie średnie jest ustawowo gwarantowane dla grup nauczycieli na poszczególnych stopniach awansu zawodowego. Samorządy zobowiązane są do wypłaty dodatku uzupełniającego, w przypadku niezrealizowania obowiązku wypłacenia wynagrodzenia średniego w grupach awansu.

Od stycznia 2019 r. wynagrodzenie średnie dla nauczycieli wynosi (według projektu rozporządzenia):
dla nauczyciela stażysty - 3045 zł,
dla nauczyciela kontraktowego - 3380 zł,
dla nauczyciela mianowanego – 4385 zł,
dla nauczyciela dyplomowanego - 5603 zł.

W 2018 r. średnie wynagrodzenie dla nauczycieli wynosiło:
dla nauczyciela stażysty - 2900,20 zł,
dla nauczyciela kontraktowego - 3219,22 zł,
dla nauczyciela mianowanego - 4176,3 zł,
dla nauczyciela dyplomowanego - 5336,4 zł."

Tymczasem wg GUS średnie wynagrodzenie bez wypłat z zysku w styczniu br. w sektorze przedsiębiorstw w Polsce wynosiło 4931,76 zł. Przeciętna ilość dni roboczych na miesiąc w 2019 r. wynosi 21, wliczając w to w obu przypadkach płatne urlopy (wakacje). Oznacza to następujące ilości przepracowanych godzin w miesiącu:
  • nauczyciel: 3,6 godz. pensum dziennie x 2 (przygotowanie) : 1,5 (przełożenie na godzinę rzeczywistą) x 21 (przeciętna ilość dni roboczych w miesiącu) = 100,8;
  • pracownik przedsiębiorstwa: 8 godzin (rzeczywistych) x 21 = 168.
W kontekście powyższego porównanie planowanych w 2019 r. średnich (przypominam: gwarantowanych) wynagrodzeń nauczycieli z tytułem magistra i z przygotowaniem pedagogicznym (takich jest większość) brutto (bo takie dane podaje się do statystyk) do przeciętnego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach wygląda następująco:

 Tytuł   Wyn. mies.    Czas pracy   Śr. stawka godz. 
 w zł   godz.   w zł 
 Nauczyciel stażysta     3 045,00                 100,80                   30,21   
 Nauczyciel kontraktowy     3 380,00                 100,80                   33,53   
 Nauczyciel mianowany     4 385,00                 100,80                   43,50   
 Nauczyciel dyplomowany     5 603,00                 100,80                   55,59   
 Pracownik przedsiębiorstwa     4 931,76                 168,00                   29,36   


Z powyższego wynika, że odrzucając emocje, mity, uprzedzenia oraz stosując porównywalne warunki (stawki brutto i na godzinę) można dojść do tezy, że ... nauczyciele w Polsce zarabiają co najmniej nie gorzej, niż przeciętny Polak. Oczywiście w tle należy pamiętać, że:
  • to zawód, było nie było, zaufania publicznego;
  • to zawód wymagający nieprzeciętnej wiedzy;
  • to zawód wymagający nieprzeciętnej odporności psychicznej.
Z drugiej strony można by rzec:
— A w jakim zawodzie dziś jest łatwo?

Dlaczego więc nauczyciele chcą strajkować? Otóż odpowiedzi na to pytanie wcale nie są trudne, choć po trochu zakrawają o ... cynizm. Chcą strajkować, bo:
  • są w specyficznej sytuacji, gdyż ich pensja nie zależy od własnej zaradności, tylko od "decyzji urzędnika";
  • wyczuli "moment";
  • za chwilę są wybory, a partia rządząca jest niepewna ponownej wygranej i nie życzy sobie żadnej publicznej awantury w tym momencie;
  • uznali obecny rząd za "miękkie kluchy" obserwując podobne tematy górników, lekarzy, itp.;
  • wiedzą, że jak dojdą do władzy ponownie "liberałowie", to już żadnych podwyżek nie będzie (zgodnie z zasadami wszelkich "liberałów" — wyżyw się sam), trzeba więc walczyć teraz, póki jest szansa, bo później nie będzie o co;
  • bo — paradoksalnie — sytuacja gospodarcza jest dobra i w "systemie" "są pieniądze".
Powyższe oddaje klimat nad Wisłą znany od lat. Jak jest biednie, wszyscy się mobilizują w tej biedzie, ale jak pojawiają się pieniądze, mamy ... gotową awanturę o podział łupów. Skądinąd wiadomo, że nic tak nie psuje atmosfery w firmie, jak ... niesprawiedliwie (a zawsze dla kogoś nie jest sprawiedliwie) podzielona premia. Wisła Kraków ma w ekstraklasie po 24 spotkaniach 32 punkty. Tajemnicą poliszynela jest, że nie płaciła piłkarzom przez całą jesień. Wówczas zdobyli oni w 20 kolejkach 29 punktów. Przed rozpoczęciem piłkarskiej wiosny zaległości spłacono. Spłaceni piłkarze w 4 meczach wiosny zdobyli 3 punkty. Tabelarycznie i graficznie porównanie wygląda tak:

Tytuł   Mecze   Punkty   Średnia p/m 
 Jesień (Wisła nie płaci piłkarzom)              20                       29                     1,45   
 Wiosna (Wisła zapłaciła piłkarzom)                4                         3                      0,75   


No właśnie. Strajki się robi jak są pieniądze i jest dobrze, bo wtedy "da się coś wywalczyć". Jak jest kryzys wówczas nie ma czasu na takie bzdury, tylko "trzeba walczyć o przeżycie". 

Cyniczne, ale chyba prawdziwe niestety...

wtorek, 5 marca 2019

Pieniądze wirtualne

Przeciętny obywatel wyobraża sobie, że rząd "musi dokładnie liczyć" ile ma pieniędzy. Być może kiedyś tak było. Ale dzisiaj na europejskich i nie tylko salonach króluje keynesizm, czyli teoria wywoływania wzrostu gospodarczego przez wzrost wydatków publicznych.

Keynesizm był przez lata ograniczany przez słowo "odpowiedzialność" oraz przez inną teorię, mianowicie tę dotyczącą wpływu podaży pieniądza na inflację oraz dewaluację waluty. Ale wówczas pieniądze ... istniały i ktoś "mógł je naprawdę policzyć".

Tymczasem wraz z implementacją euro dla wielu krajów o różnej stopie życiowej i różnych gospodarkach ... wszystko się zmieniło. Eurokraci mieli do wyboru albo dać zbankrutować walucie oraz kilku słabszym krajom strefy euro, albo odejść od zasady "dokładnego liczenia". Oczywiście wybrali drugie wyjście, które zaowocowało między innymi takim curiosum ekonomicznym jak ujemne stopy procentowe, czyli jedna instytucja pożyczając drugiej instytucji pieniądze, z góry mogła założyć, że na tym straci. No i poszło już z górki.

Oczywistym następnym krokiem była nacjonalizacja długów. A może lepszym słowem byłoby zinstytucjonalizowanie długów - kolejne curiosum. Nie nacjonalizacja, bo przecież nie chodzi o jeden rząd, tylko raczej instytucje strefy euro. Nazywa się to oficjalnie polityką luzowanie ilościowego.

Wobec skupu obligacji i innych długów przez EBC (Europejski Bank Centralny) pieniądz oderwał się od bazy. Do tego doszła znacząca digitalizacja pieniądza, czyli w konsekwencji kolejne curiosum: pieniądz realnie nie musi istnieć. Mając "pieniądze" w dowolnym banku, wyobrażamy sobie, że kiedyś stawimy się w tym banku i wszystkie środki zostaną nam wypłacone z kasy. Tymczasem jest to coraz mniej możliwe, raczej zalogujemy się na stronę banku, poklikamy w klawiaturę i dzięki temu klikaniu salon samochodowy wyda nam nową kię sportage. Zamiast realnym pieniądzem zapłacimy więc elektronicznym zapisem. Dużo prawdopodobniejsze jest też, że za jakiś czas pieniądz w formie istniejącej (papier, metal) w ogóle zniknie. Kolejne pokolenia w coraz mniejszym stopniu używają pieniądza rzeczywistego, a w coraz większym - płacą kartą, telefonem, blikiem i czym tam jeszcze da się płacić za swoje zakupy, nawet drobne. Praktycznie nie ma już sklepów bez terminala, a zakupu na przykład karnetów narciarskich dokonuje się przez bardzo użyteczne ... ładowanie karty. I czy tego chcemy, czy nie, w tym kierunku zmierza przyszłość.



Pieniądz przestał być rzeczą i zaczął być po prostu obietnicą, zapisem w grze jak w brydżu, punktami jak w grze komputerowej. Nie tylko na poziomie drobnych transakcji, także na poziomie budżetu państwa, czy obrotu bankowego. Przerzuca się z jednego konta na drugie konto zapis (czyli pieniądze, które ... nie istnieją jako rzecz) i bank obiecuje, że do nas należy określona wartość punktów w tej grze, w Polsce zwana złotówkami.

Oczywiście, w tle pozostaje bezpieczeństwo istnienia, poprawności i trwania tych zapisów, banki (czyli krupier) zabezpieczają lepiej lub gorzej się przez ryzykiem ataków hakerów, robią kopie zapasowe tych zapisów w grze, ale to jedna strona medalu. Po drugiej stronie jest aksjomat uczciwości krupiera (czyli banku), bo przed jego oszustwem zabezpieczenie jest raczej mało możliwe. Obyśmy nie musieli testować prawdziwości tego aksjomatu.

Wobec takich faktów rządy poszczególnych krajów mogły się zachować, jak oszczędzacze, którzy starają się "dokładnie wszystko policzyć" lub pójść ścieżką "wydawania pieniędzy, których nie ma". Oczywiście powoli zaczynają wybierać to drugie rozwiązanie. A sprzyja im ... poziom opodatkowania bezpośredniego i pośredniego konsumpcji. Mamy więc kolejne curiosum: każdy pieniądz wrzucony przez budżet na rynek, w znaczącej mierze wraca następnie do budżetu bezpośrednio w postaci podatków od konsumpcji oraz pośrednio w postaci różnych podatków bezpośrednich i pośrednich wynikających ze zwiększenia obrotu gospodarczego i zysków firm.

Gdy rząd wprowadzał na "rynek" ograniczony (od drugiego dziecka do 18 lat oraz od pierwszego przy niskich dochodach) program wypłaty bezpośrednio 500 zł na dziecko dla rodziców, ekonomiści łapali się za głowy. Wydawałoby się, że słusznie.
— Nie ma tych pieniędzy — mówiono. I dodawano: — Budżet zostanie zrujnowany i wpadniemy za chwilę w kryzys.

Potem miało miejsce jeszcze kilka zdarzeń. Co prawda obywatele Szwajcarii zdecydowali o odrzuceniu "dochodu gwarantowanego" na każdego obywatela w referendum, ale już Włosi takiego pomysłu nie odrzucili. Rząd Niemiec (i nie tylko) z kolei postanowił nowym imigrantom wypłacać "kieszonkowe", bo przecież muszą z czegoś żyć. 

A w Polsce nie nastąpiła żadna katastrofa gospodarcza. Dlaczego? Zdaniem rządu - bo sami siebie uważają za pięknych, mądrych i skutecznych w ściąganiu podatków i ściganiu mafii vatowskich. Moim zdaniem - bo pieniądz realnie nie istnieje oraz bo wrócił do budżetu z powodów jak wyżej. 

No i mamy kolejne obietnice bezpośrednio powiązane z keynesizmem: dodatkowa emerytura, 500 plus także na pierwsze dziecko, zwolnienie z PIT do 26 roku życia (czyli w przeważającej mierze dla dorabiających studentów lub nisko opłacanych młodych pracowników fizycznych), powrót autobusów na wieś (pisałem o problemie wykluczenia komunikacyjnego 14 mln osób) oraz obniżenie kosztów pracy (tu nie znamy jeszcze szczegółów). Programy te warte ponoć 40 mld zł mają na pewno w sobie cel wyborczy (wsparcie elektoratu partii rządzącej) oraz cel socjalny (wsparcie grup raczej niezamożnych). Ale nawet w oficjalnych wypowiedziach polski premier nie kryje, że mocnym celem jest także zapobieżenie kryzysowi gospodarczemu i rozruszanie gospodarki poprzez podaż pieniądza.
— Ale przecież nie ma tych pieniędzy — powtórzą sceptycy. I dodadzą z nadzieją: — Budżet zostanie zrujnowany i wpadniemy za chwilę w kryzys.
— Pewnie że ich nie ma — można odpowiedzieć. I dodać cynicznie: — Dziś w ogóle przecież pieniędzy nie ma. One nie istnieją. Istnieje tylko jakiś zapis w grze.

Wszyscy, którzy dziwią się polityce keynesizmu naszego i innych rządów (nie łudźmy się, inni mają tak samo) i dziwią się, że nie wywołuje ona na razie kryzysów zapominają o tych faktach. A rządy, banki komercyjne, banki narodowe, EBC i inne instytucje mają dwa wyjścia:
  • dokładnie zacząć liczyć pieniądze i zacząć oszczędzać - oczywiście na obywatelach
lub
  • multiplikować zapisy w grze w postaci wirtualnych euro, złotówek, koron, forintów.
Wyjście pierwsze grozi kryzysami ekonomicznymi oraz — co ważniejsze dla polityków — społecznymi. Ludzie zasadniczo nie interesują się "skąd biorą się pieniądze", interesuje ich natomiast to, aby "ich nie brakło". Wyjście drugie zapewnia, że pieniędzy nie braknie. Dlatego najbliższa przyszłość będzie należała raczej do rozwoju keynesizmu, niż jego zaniku.

To zmierza do finalnego curiosum: opłaca się wydawać pieniądze, których nie ma, bo dzięki temu one się za chwilę pojawią.

A dalsza przyszłość?
— Pozostawimy długi do spłacania naszym wnukom — powiedzą znów sceptycy.
— Po pierwsze można żartem stwierdzić, że "Europa" nie będzie miała wnuków, bo nowoczesne społeczeństwa inwestują w karierę w korpo, wakacje na Bali i LGBT. Jak już wszędzie "wygra" LGBT, to przecież nie będzie kolejnych dzieci (jakaż niesprawiedliwa ta natura) i w konsekwencji wnuków. Po drugie, odchodząc od żartów, to spłacanie długów przez nasze wnuki jest ... nieprawdopodobne. Bo jak już nasze wnuki dojdą do władzy, to uchwalą takie prawa, które długi ich dziadków uznają za możliwe do natychmiastowego umorzenia. Ot, prosta kalkulacja wyborcza. Rządzi większość, a która większość sama siebie zmusi do odpowiedzialności? No która? — odpowiemy.
— To co z tymi długami? — zapytają sceptycy.
— Prędzej lub później (raczej później, bo wszyscy się tego momentu boją) te zapisy w grze zostaną skasowane, odpisane, czy jak to się fachowo nazywa, co stworzy drobny problemik dla instytucji. Drobny, bo dzięki prawu multiplikacji tychże zapisów czy punktów, kasacja nastąpi tylko po jednej stronie (pasywa), pozostawiając nienaruszone zapisy po drugiej (aktywa). Bilans się nie zgodzi, powiedzą księgowi, ale kogo to obchodzi? Nikt nie zaryzykuje wojen ani rozruchów społecznych, bo te zazwyczaj prowadzą do rewolucji, a rewolucje do ... wymiany elit. Ponadto to kto się na tym realnie zna? Przyznajcie z ręką na sercu, jak bardzo interesujecie się finansami publicznymi? Jak często i jak dokładnie analizujecie wpływy i wydatki państwa? Jeśli ktoś dokonuje takiej analizy, to mowa tylko o garstce ekspertów lub raczej ludzi uważających siebie za ekspertów. A garstka ekspertów ma głos nieistniejący w debacie publicznej — odpowiemy.