niedziela, 9 grudnia 2018

Barbórka po wodzie, Boże Narodzenie po ... śniegu!

Zimy w ostatnich latach w Polsce były wyjątkowo słabe. Rok temu Alpy przeżyły "zasypanie", tymczasem w Polsce młodsze dzieci w miastach mogą w ogóle nie wiedzieć, co to są i do czego służą sanki. Doprawdy, smutne to dzieciństwo.
Wczoraj i dziś w trakcie dnia pesymiści dostali po uszach. Powiał halny. Ciepło, deszczowo i smutno - taki obraz mieliśmy za oknem. Ale - jak to po halnym - należy się teraz spodziewać ... opadów śniegu.

Nie, nie należy się spodziewać, one już są. Wystarczy spojrzeć na szczyrkowskie kamery:

            Bieżący widok z Hali Skrzyczeńskiej (1000 mnpm). Źródło: szczyrkowski.pl

Może w tym roku będzie normalnie i święta będą po śniegu, a ośrodki narciarskie zarobią także w okresie bożonarodzeniowym i międzyświątecznym? Miejmy taką nadzieję.

Bez pomocy natury małe stacje narciarskie, których nie stać na wielkie inwestycje umrą, a i w tych wielkich zapał inwestycyjny osłabnie na lata. W końcu sił i środków może starczy na naśnieżenie jednej trasy, no może i dwóch, ale i tak to zawsze wymaga wyborów i kompromisów. Pojemność zbiorników na wodę do armatek jest bowiem ograniczona, a prąd (zwłaszcza prąd) i woda kosztują.

A święta. Prawdziwe święta Bożego Narodzenia muszą być białe.



Teksty o ekonomii z czasów dekoniunktury niestety po części nadal aktualne. Cz. I - Wycena aktywów


05.08.2012

Rozdział 7 - Świat strachu przed realną wyceną aktywów

Ś
wiat zamarł w oczekiwaniu na doniesienia prasowe. Rzucają się w oczy tytuły dotyczące następujących problemów: „Czy Grecja zbankrutuje?”; „Czy Grecy wyjdą ze strefy euro?”; „Czy problemy Grecji przeniosą się na Włochy i Hiszpanię?”; „Odetchnęliśmy z ulgą, jest zgoda na fundusz stabilizacyjny!”; „Banki potrzebują dofinansowania”; „Nieudany debiut Facebooka”. Wszystkie te zagadnienia można sprowadzić do wspólnego mianownika, świat (czyli tak naprawdę świat finansów, banków i korporacji) po prostu boi się realnej wyceny posiadanych aktywów.

Źródło tych problemów tkwi w istocie księgowości, a ściślej mówiąc w podejściu i metodologii obecnych standardów rachunkowości. Wprowadzono regulacje i zasady ujednoliconego ujęcia wyceny aktywów i zobowiązań, bo na tym polega właśnie księgowość. Pionierskie regulacje wdrożono w USA, potem podobne zasady implementowali na swój grunt Europejczycy i nazwali je Międzynarodowymi Standardami Rachunkowości (oraz Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej, z angielska IFRS – International Finance Reporting Standards). Idea jak zwykle była szczytna, chodziło o to, aby dowolny inwestor giełdowy wykładający swój kapitał na akcje spółek w całej Europie miał pewność, iż przedsiębiorstwa te prowadzą rachunki i przedstawiają sprawozdania do publicznej wiadomości wg tych samych zasad. Naczelną troską twórców wspomnianych standardów była ochrona wartości przedsiębiorstwa, jako najistotniejszy element dla naszego inwestora, czyli częściowego właściciela tegoż przedsiębiorstwa.

Wartość przedsiębiorstwa można mierzyć wieloma metodami, z naszego punktu widzenia najistotniejsza jest tak zwana wartość księgowa. Mierzymy ją jako różnicę między wartością aktywów i wartością zobowiązań. Jest to logiczne zresztą: to co mamy minus to co jesteśmy komuś winni. Dla niewtajemniczonych nie należy mylić ze stronami winien i ma w księgowości bo tam zupełnie niezgodnie z logiką jest dokładnie na odwrót, tzn. przyrost aktywów księgujemy po stronie winien a przyrost zobowiązań po stronie ma.

Ale wróćmy do naszych rozważań, bo teraz jest najlepsze. Skupmy się na wielkich korporacjach, bankach, funduszach inwestycyjnych. Mamy liczne spółki, przeważnie funkcjonujące na jakiejś giełdzie o rozproszonym kapitale właścicielskim, co oznacza, iż akcjonariuszy jest wielu. Oni muszą się jakoś dogadać ze sobą i wyznaczyć swojemu przedsiębiorstwu jakieś cele. Wybierają reprezentantów do Rad Nadzorczych i Zarządów. Teraz należałoby jakoś te Zarządy rozliczyć ze skuteczności działania. W tym miejscu w praktyce królują dwie metody: 
a) premia od „zysku”;
b) opcja na akcje.

Obie te metody przyczyniły się do obecnej sytuacji. Obie bowiem sugerują podejmowanie działań niekoniecznie bezpiecznych dla akcjonariuszy i niekoniecznie realizujących ich cele długofalowe. Nie jest bowiem trudno osiągnąć pewne narzucone kryteria kosztem przyszłych problemów. Jak to zrobić? Już tłumaczę.

Wyobraźmy sobie, iż zarządzamy taką dużą spółką i jesteśmy rozliczani z zysku. Przy czym należy pamiętać o tym, że nasza kadencja nie jest wieczna. Jesteśmy więc ludźmi o podobnych pobudkach jak na ten przykład politycy każdego szczebla, którzy myślą kategoriami dajmy na to czteroletniej kadencji. A co będzie potem? A co nas to w ogóle obchodzi?

Kadencja zarządu jest najczęściej trzyletnia, trudno też sobie w dzisiejszej gospodarce wyobrazić człowieka, który kieruje dajmy na to takim Orlenem przez na przykład piętnaście lat. Niewyobrażalne, prawda? Casus Fergussona w biznesie nie jest możliwy. W związku z tym, to co wydarzy się za lat sześć, dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia w ogóle nas nie interesuje. Nas interesuje tu i teraz i realna premia. Pojawia się pytanie, co należy zrobić aby ta realną premię skasować? Otóż należy wykreować papierowy wynik.

Wytłumaczmy teraz, co to w ogóle jest ten wynik? No to akurat każdy wie, wynik jest różnicą między wygenerowanymi w danym okresie przychodami i poniesionymi kosztami, jakie to proste, prawda? Wszystko się zgadza, ale nie do końca. Mam kilka zastrzeżeń. Pierwsze to fakt, z którego nie każdy zdaje sobie sprawę, iż dziś wynikiem rządzi tak zwana zasada memoriałowa, mówiąca nam tak: „ujmij zdarzenia gospodarcze w okresie, w którym wystąpiły te zdarzenia, niezależnie od terminu płatności”. Ta prosta reguła, która zastąpiła zasadę „kasową” oznacza, iż „wynik” jest zupełnie niezależny od „wpływu pieniądza”, no może pewien współczynnik korelacji istnieje, ale raczej tylko w dłuższej perspektywie. W krótszej perspektywie śmiało można „wykreować papierowy wynik” jednocześnie zostawiając przedsiębiorstwo w sytuacji kompletnego braku płynności i w ogóle gotówki w kasie.

Różnice między podejściem do rzeczywistości memoriałowym i kasowym można pokazać na łopatologicznym przykładzie. Wyobraźcie sobie biznes prowadzony przez dwie kobiety, rozsądną i nierozważną, dajmy na to matkę i córkę. Firma świadczy usługi na odroczony termin płatności. Dłużej chodząca po tym niepewnym świecie matka kupuje nowe buty dopiero wówczas, jak wpłynie kasa, mniej doświadczona córka wybiera się na aktywnie zwiedzanie „Silesii” w momencie, kiedy wystawiła fakturę. Zastanawiam się, czy nasz Skarb Państwa, gminy, przedsiębiorstwa państwowe i prywatne bardziej przypominają swoim postępowaniem podejście matki, czy jednak córki?

Ponadto do zrozumienia istoty wyniku finansowego musimy zupełnie inaczej spojrzeć na jego „konstrukcję”, odrzucając potoczne myślenie o definicji zysku jako różnicy między kosztami i przychodami. Owszem jest to prawda, ale spójrzmy na przychody i koszty jako efekt … wyceny przedsiębiorstwa. Zasada jest prosta: jeśli wycenialiśmy wartość danego  aktywa (na przykład obligacji skarbu państwa w Grecji) na sto złotych, a po czasie uznaliśmy, iż jest to już sto dwadzieścia złotych mamy dwadzieścia złotych zysku (dodatniego wyniku). Jeśli z kolei doszliśmy do wniosku, że nasze aktywa nie są w jakimś stopniu odzyskiwalne, czyli przeceniamy ich wartość na osiemdziesiąt złotych, mamy stratę (ujemny wynik).

Jeśli więc wybrany przez nas Zarząd zakupił jakieś aktywa i przez lata nas oszukiwał wykazując w sprawozdaniach finansowych zyski wynikające z „ich rosnącej wartości” i w dodatku w części opisowej zamieszczał dyrdymały o doskonałych perspektywach kasując jednocześnie premię od „wypracowanego wysokiego zysku”, to mamy problem. Co ciekawe, jeśli po kilku latach uznamy, iż aktywa te tak naprawdę nie są warte tyle, ile zapisano w księgach rachunkowych, co więcej one są warte wielokrotnie mniej, wówczas mamy „stratę”. Ale straty tej nie księgujemy na konto najczęściej byłego już radośnie optymistycznego zarządu, za którego czasów wykazywaliśmy „zyski” i płaciliśmy premię od tych „zysków”, lecz na konto obecnie zarządzających ludzi. Strata ta nie zostaje przypisana ludziom, którzy do niej tak naprawdę doprowadzili, tylko ludziom, którzy zdecydują się na urealnienie wartości aktywów. Takie są zasady nowoczesnej księgowości w imię „ochrony wartości przedsiębiorstwa dla akcjonariuszy”.

No i ten mechanizm decyduje o wybranych ścieżkach postępowania. Ludzie kierują się strachem przed jednorazową realną wyceną aktywów. Masowo podejmowane są decyzje o „rozłożeniu problemu w czasie” lub wręcz „niedostrzeganiu tematu”. Dotyczy to wielu przedsiębiorstw i wielu rynków, w tym na przykład rynku nieruchomości, na którym fluktuacja cen była znacząca i ostatnio mocno one spadły (Hiszpania, Irlandia, również Polska). Przykład takich decyzji to między innymi leczenie problemu nadmiernego zadłużenia Grecji poprzez tak zwane „rolowanie” obligacji, czyli dalsze powiększania wartości zobowiązań, ale wykonaniu tej operacji na szczęście „przyszłych” a nie „bieżących, czyli wymagających natychmiastowego wykupu”. Rolowanie obligacji to typowe oszukiwanie się i „zamiatanie problemu pod dywan” poprzez odwleczenie nieuniknionego, to znaczy totalnej przeceny wartości udzielonej Grekom pożyczki, której przecież nie mają z czego spłacić. No, teraz już mają, bo daliśmy im na to środki w postaci kolejnej pożyczki.

Wyobraźcie sobie Państwo, iż tego typu decyzje są podejmowane nie tylko w aspekcie greckich obligacji, takich nadmuchanych balonów jest więcej. Rozejrzyjcie się, czy przypadkiem „Wasze” firmy nie kupiły w czasach bumu jakichś nieruchomości traktując je jako inwestycje, czy nie udzieliły pożyczek niepewnym Klientom, czy nie mają magazynów wypełnionych szrotem, którego dziś nie sposób sprzedać za „ewidencyjną cenę”, czy nie zainwestowały w jakieś wysoce cenne „papiery, udziały lub akcje”?

Co łączy te wszystkie inwestycje? Słaby wzrok zarządzających (wolą nie widzieć problemu) i wielka nadzieja. Nadzieja, iż kiedyś, może za miesiąc, dwa, rok, dwa lata lub w jakiejś dającej się przewidzieć przyszłości wycena naszych inwestycji wróci do „normalnego poziomu” i wówczas nie trzeba będzie wykazywać papierowej straty i pożegnać się z realnymi gotówkowymi premiami.

Metoda wynagradzania zarządów na zasadzie opcji na akcje też ma swoje za skórą. Całość polega na słusznym założeniu, iż należy powiązać cele menadżerów z celami akcjonariuszy, którym zależy przede wszystkim na wzroście wartości ich akcji. Idea jest prosta, jeśli zarząd doprowadzi do wzrostu wartości akcji będzie mógł pewien ich pakiet na koniec kadencji kupić od nas po cenie ustalonej w kontrakcie. Jeśli w kontrakcie ma 15 zł za akcję a na rynku spot jest 20 zł za akcję to z opcji z pewnością skorzysta, pewnie natychmiast potem papiery zbywając i kasując do kieszeni nadwyżkę. Zarobimy i my (bo wartość naszych akcji wzrosła do 20 zł) i zarząd dzięki realizacji i spieniężeniu potem opcji.

Problem polega na tym, że tak fajnie jest tylko w teorii. Ludzie zarządzający przedsiębiorstwami są zazwyczaj na tyle inteligentni, aby dostosować się do oczekiwań i zrobić wszystko co potrzebne do ich realizacji. Na czym więc się oni skupiają? Na wykonywaniu czynności podnoszących cenę giełdową akcji przedsiębiorstwa i tylko na tym. Reszta ich nie interesuje. Niesprawdzone informacje szeptane, cudowna przyszłość i wspaniałe perspektywy w raportach giełdowych, zapowiedzi fantastycznych przejęć, odkryć i operacji to jest to, na co możemy liczyć. Bo to kreuje cenę, którą uznaliśmy za w pełni reprezentacyjną i „rynkową”. Tylko potem zostaje szara rzeczywistość, rozczarowanie i powrót do normalności, również w temacie „wykreowanej wartości akcji”, ale kadencja byłego zarządu już się zakończyła i premie zostały zrealizowane.
Nota bene, przy okazji debiutu Facebooka dowiedzieliśmy się, iż na tak zwanych rozwiniętych rynkach istnieją też tak zwani gwaranci emisji, w tym przypadku były to dwie potężne grupy finansowe: Morgan Stanley i Goldman Sachs. Wspomniani gwaranci mieli za zadanie dbanie o to, aby w krótkim czasie następującym po debiucie ceny akcji w obrocie rosły lub co najmniej nie spadały i uzyskiwali to broniąc kursu własnymi wzajemnymi transakcjami.
Na koniec oczywiście okazało się, iż „cena emisyjna” była nieźle zawyżona, co można zresztą było łatwo zweryfikować poprzez wyliczenie banalnie prostego wskaźnika „cena przez zysk”, który mówi nam o spodziewanym okresie zwrotu dla potencjalnych inwestorów w akcje przy obecnej zyskowności i który dla onego przedsiębiorstwa liczony dla ceny emisyjnej wynosił jakieś mniej więcej … 100 lat. Trochę długo jak na … branżę szybko zmieniających się technologii.
Są ludzie, którzy twierdzą że gospodarka to obieg zamknięty, co znaczy, iż jak ktoś traci, to równocześnie ktoś zyskuje. Oczywiście czasem traci tysiąc ludzi po złotówce, a zyskuje jeden człowiek tysiąc złotych. Nie wiem, czy przypadkiem tak lub podobnie nie było w tej sytuacji.

A dla tych co stracili, mogę dedykować słowa Szwejka z powieści Jarosława Haszka: „Nie należy się denerwować, bo nerwy szkodzą zdrowiu”.

piątek, 7 grudnia 2018

Sport w Polsce to nie biznes. Sport to ... dotacje

Na Interii ukazał się artykuł biadający nad losami zasłużonych polskich klubów - Wisły Kraków (piłka nożna) oraz Stali Stocznia Szczecin (siatkówka). Kluby te są bliskie bankructwa i z nadzieją czekają na inwestora.

Lind do artykułu tutaj: LINK

Któż może być tym wymarzonym inwestorem dla polskich klubów? Bez pudła: ktoś, kto zarządza środkami publicznymi - miasto, duży koncern państwowy, spółka miejska. A dlaczego nie biznes prywatny? Ano dlatego, że sport w Polsce przestał być biznesem i już od dawna koszty są niedostosowane do przychodów. Ktoś więc musi do tego bajzlu dopłacać. Ile? Zbyt wiele, jak na dowolnego inwestora prywatnego.

Jak to wygląda w praktyce, zobaczmy na przykładzie wielosekcyjnego (piłka nożna, siatkówka, hokej) klubu GKS Katowice, spółki giełdowej, jednak ze znaczącym udziałem miasta, które posiada ok. 80 proc. akcji. Własność takiej jednostki oznacza dopłaty. Ile one wynoszą wiemy. A wiemy to (co prawda z pewnym opóźnieniem) dzięki temu, że spółka jest notowana na giełdzie i musi, po prostu musi, swoje dane publikować.

Tak wygląda sytuacja finansowa GKS Katowice:




Powyższe oznacza, że spółka potrafi być rentowna w okresach, w których otrzymuje ... dotacje. A bez dotacji? Bez dotacji to same straty. Przychody to średnio 1,5 mln zł kwartalnie (z dużą amplitudą), a koszty operacyjne to ok. 6 mln zł kwartalnie (o dziwo, też z amplitudą). Oznacza to lukę ok. 4,5 mln zł kwartalnie.

Dlatego ktoś (w domyśle miasto) już w tym roku (mamy dane do września) dopłacił w formie dotacji do tego interesu ok. 8,5 mln zł. Brakuje jeszcze jakichś 4-5 mln zł "na życie" i "na teraz". Dlatego czytamy w komunikacie giełdowym, że:
"Na podstawie (...) Miasto Katowice (...) informuje, że w dniu 17.04.2018 r. podpisało z GKS GieKSa Katowice S.A. umowę objęcia akcji serii Y (...) Na mocy ww. umowy Miasto Katowice objęło 4.800.000 akcji serii Y o wartości nominalnej 1,00 zł każda, po cenie emisyjnej 1,00 zł za każdą akcję, tj. za łączną kwotę 4.800.000,00 zł.

I mamy komplet. Kiedy zwróci się ten zainwestowany kapitał? Ano nie zwróci się, to jasne. Akcjonariusze już włożyli (nie licząc dotacji) 56 mln zł w ten podmiot w formie kapitału akcyjnego, i jak na razie cała ta kwota z drobnym naddatkiem została zjedzona. Wyniki lat poprzednich i roku bieżącego to łącznie 60 mln strat, co oznacza na dziś ... ujemny kapitał własny na poziomie ok. 4 mln zł. I takiego kolejnego dofinansowania klub będzie potrzebował ... natychmiast.

I macie państwo odpowiedź, dlaczego żaden Sołowow, Solorz, Kulczyki, Szulczewski ani Starak (wymieniam w kolejności najbogatszych Polaków wg listy Wprost) nie zainwestuje w żadną Wisłę ani Stocznię. Jeżeli utrzymanie GKS-u Katowice - a umówmy się, żaden to potentat kosztowy, bo nie ma tu piłki na najwyższym szczeblu - wymaga dopłacania ok. 15-20 mln zł rocznie, to utrzymanie takiej Wisły Kraków pewnie jest droższe.

I nie ma się co tu złościć na panią Sarapatę, że źle zarządza. Ona tak zarządza, jak może. A może tyle, ile jej ... prezydent Majchrowski dopłaci. Funkcjonowanie takiegio klubu bez dopłat staje się niemożliwe. A on jeszcze chce opłat za stadion, co za kapitalista jakiś...

Jedynym rozwiązaniem jest samoograniczenie się całej ligi, ale nic na to nie wskazuje. Właśnie prezes Boniek pozwolił im wydawać kasę bez ograniczeń na zagranicznych piłkarzy. Kluby wolą żebrać o dotacje, niż ograniczyć koszty do przychodów.


wtorek, 4 grudnia 2018

Podróżnik WC. Z pieniędzmi to potrafi podróżówać każdy. Dużo ciekawiej podróżuje się bez!

Dziś coś jak najbardziej na topie (tabloidów niestety też), czyli "wyciąg" z kontrowersyjnej osoby publicznej - cytaty z Podróżnika WC.

Jak wiemy WC podpadł nawet słusznej telewizji. Stan na dziś jest następujący TVP karze Cejrowskiego odsunięciem od kamery i każe mu "przemyśleć temat". Doprawdy wygląda to, jakby ktoś nie wykonał analizy charakterologicznej bohatera. To człowiek, który ma swoje niezależne poglądy, nie zmienia ich pod wpływem różnych koniunktur, można się z więc z nim nie zgadzać, ale jego prawo do zdania na pewno należy szanować.

Swoją drogą wygląda to tak, jakby ktoś decyzyjny nie przyjmował żadnych odchyłek od "głównej i jedynie słusznej idei" i w ten sposób po kolei tracił nawet swoich sojuszników.

- My się kompletnie nie znamy na żartach - mówi TVP potencjalnym twórcom scenariuszy.

Jaki to da efekt? Otóż ludzie nie są durni, a pieniądze są potrzebne do życia. Napiszą takie scenariusze, jak trzeba. No i za chwilę będziemy mieli program całkowicie zgodny z "ideą", ale też całkowicie nienadający się do oglądania. Po pierwsze - już szkodliwe - nudny. Po drugie - całkowicie dyskwalifikujące dla jakiegokolwiek medium - przewidywalny. Coś za coś.

Niewielu jest dziś ideowych bojowników o sprawę tę lub tamtą, większość ludzi w Polsce chętnie sprzeda sprawę tę lub tamtą za konkretne korzyści lub pod wpływem jakiegoś nacisku. WC tego nie zrobi.

Oczywiście niezależność Wojciecha Cejrowskiego też z czegoś wynika. To człowiek interesu, ba, wręcz wielu interesów - w większości udanych. To człowiek zaradny. To obywatel Polski, ale nie tylko. Zawsze może swoim krytykom powiedzieć:
- A pocałujcie wy mnie wszyscy...

Ale się rozpisałem, a oto cytaty, a większości o walorach turystycznych, ale nie tylko. Przy czym walorów turystycznych nie należy mylić tego z ofertą najpopularniejszych "hipermarketów" zajmujących się turystyką:

"... teraz, gdy przypominam sobie własne początki, dochodzę do wniosku, że z pieniędzmi to potrafi podróżować każdy. Dużo ciekawiej podróżuje się bez!" (str. 22)

"Dlatego martwią mnie dziś listy od ludzi, którzy pytają skąd wziąć pieniądze na wyprawę. (...) A kiedy odpowiadam, żeby pojechali do Londynu popracować przy zmywaniu garów (...) słyszę:
- Eee... szkoda wakacji." (23)

"Moja pierwsza wyprawa do Meksyku. Ląduję w stolicy, nie mam znajomych i nie mam forsy. Co teraz? (...) ... miałem przygotowany plan "coś się zorganizuje". A gdyby nieczego się nie zorganizowało miałem też plan B: "jakośtobędzie"." (24)

"... po stu tysiącach sprzedanych egzemplarzy Wydawcę zaczyna zauważać Zagranica, więc Wydawca przybiera profesjonalnie-skupiony wyraz twarzy, wyrzuca sweter i kupuje pierwszy w życiu garnitur. (...) Sprzedaż moich dwóch poprzednich książek przekroczyła po pół miliona każdej. W tej sytuacji mój Wydawca może sobie pozwolić na wyrzucenie garnituru i chodzenie w swetrze w te miejsca, gdzie inni chodzą w garniturach." (62)

"Ponieważ nie uznaję dyspens, nigdy nie podejmuję pracy w niedziele, chociaż jest to najlepszy dzień na występy sceniczne (...) Pani Halina Romaniszyn, która zajmuje się organizowaniem moich występów, bardzo zdziwiła się na początku naszej współpracy (...)
- Jak to, przecież w branży rozrywkowej to podstawowy dzień naszej pracy.
- U nas będzie inaczej.
Po kilku miesiącach pani Halina przyznała mi rację (...)
- I wie pan, panie Wojtku, że liczba zleceń wcale przez to nie spada?
- Wiem." (89)

"- Panie Wojtku, ale niech pan tylko powie, czy jutro spotykamy się, tak jak było umówione. Nic więcej. Tylko to i się rozłączam.
- Nie odpowiem na żadne pytanie. Ta rozmowa musi być całkowicie nieskuteczna. Tylko wtedy nie będzie się nikomu opłacało dzwonić w dni wolne. Proszę zadzwonić jutro." (90)

"Jehowizm to zamęt umysłowy powstający nie z powodu złego charakteru, jeno z dewocji. Kiedy człowiek głęboko religijny nie pamięta o zachowaniu umiaru w Biblii, to mu się zaczyna w głowie mieszać. Pismo Święte, tak jak wszystko inne, trzeba dozować z rozsądkiem." (93)

"We wszystkich krajach latynoskich rewiduje się podróżnych (...) Rewizja nie służy znajdowaniu kontrabandy, jest działaniem socjotechnicznym. Odgrywa tę samą rolę, co rewidowanie Polaków przez juntę Jaruzelskiego w stanie wojennym. Pokazać, kto tu rządzi i zastraszyć." (111)

"Gringo (...) przyciąga (...) nie tylko wzrok panien na wydaniu szukających frajera z forsą i zagranicznym obywatelstwem. Przyciąga także opryszków czyhających na jego portfel (...)
Podobieństwo między pannami na wydaniu i opryszkami jest bardzo powierzchowne - otóż bandyci i kieszonkowcy są, paradoksalnie, dużo bardziej uczciwi od panien, bo nie próbują nas oszukiwać, że to co robią, jest efektem miłości do nas, a nie miłości na naszych rzeczy." (136)

"Policją kierują dupki żołędne. Natomiast nielegalnym eskportem szlachetnych gatunków drewna kieruje mafia, która dba o to, by policją kierowały dupki żołędne." (214)

"Praca drwala nie jest ani bezpieczna, ani przyjemna. Ale jest NIEZBĘDNA do przetrwania. Zakazywanie tej pracy nic nie da. Lepiej dajcie im pajdę chleba, wtedy zostawią drzewa w spokoju. Latynos naprawdę nie rusza tyłka z hamaka, jeśli głód go nie pogoni." (215)

"Niemcy to kwintesencja ordynarnego braku umiaru. Proszę się przyjrzeć, jak jedzą - ogromne, zachłanne kęsy, szybkie przeżuwanie, głośnie przełknięcia - spożywczy Blitzkrieg. (225)

"Z innych lokalnych ciekawostek dowiedziałem się, że żona potrzebna jest tym Indianom głownie do zbierania liści koki." (247)

sobota, 1 grudnia 2018

Przegląd prasy

Bankowość znów na topie. Na topie nagłówków tabloidów


Nie milkną echa "afery KNF". Fakt podaje, że pan prezes miał już wcześniej nieco problemów z uczciwością. Otóż podobno w 2011 r. założył firmę, która po dwóch tygodniach istnienia (sic!) wygrała konkurs dla resortu sprawiedliwości na usługi o wartości 2,2 mln zł. Potem - zdaniem Faktu - musiał podzielić się zarobionymi środkami z tym, któremu zawdzięczał zlecenia.

Ot, tak typowa Polska w Polsce. Najwyższe standardy etyczne i tego typu klimaty. Nic nowego. A w tle organizują się "pokrzywdzeni" przez banki Czarneckiego. Sieci ujawniają mechanizmy "oszustwa". Zasadniczo chodzi o to, że klienci nie byli informowani o ryzyku oraz o dokładnych charakterze produktów, które im oferowano.

- No pewnie, że nie byli - chciałoby się odpowiedzieć. - Gdyby byli, toby tego "nie kupili".

Swoją drogą trzeba było lat od upadku komuny, nowych pokoleń i nowego człowieka w ekonomicznym świecie (nowa nauka: dług jest dobry), aby akurat ten numer był możliwy. Nasze babcie (moje gdyby żyły) w życiu nie zleciłyby przelewu środków na coś, co nie jest z każdej strony sprawdzone przez pokolenia. Obowiązywała zasada nieufności do państwa, instytucji i banków też. Skarpety, piwnice i schowki pod łóżkiem - TAK! Banki, ubezpieczenia, świat finansów - NIE, to mogą być złodzieje! - twierdziły babcie.

I ty zostałeś sponsorem Kubicy. Niech sobie chłopak pojeździ


W poniedziałek 1 października notowania baryłki ropy kształtowały się na rynku na poziomie ok. 85 dolarów. Dwa dni później sięgnęły nawet 86. Dziś (dwa miesiące później) kształtują się one na poziomie ok. 60 dolarów. Tymczasem na początku października płaciłem na stacjach za olej napędowy ok. 5 zł 30 gr i dzisiaj ... nadal płacę na stacjach za olej napędowy ok. 5 zł 30 gr. Ciekawe.

Skąd się bierze ten paradoks. Ono z dwóch przyczyn. Pierwsza to monopolizacja i upaństwowienie gospodarki.
- Za protekcjonizm zawsze płaci konsument - to stwierdzenie oczywistego zjawiska.

Przedsiębiorca (a uznajmy za takiego przedsiębiorcę też państwo) w warunkach konkurencji ma zawsze dwa wyjścia, aby poprawić swoją rentowność:
a) zrobić porządną restrukturyzację i ograniczyć koszty oraz poprawić efektywność, co jest trudne metodycznie i społecznie;
lub
b) ograniczyć konkurencję, co może być łatwiejsze, ale rodzi pewne koszty.

Nie ma wątpliwości, którą drogę obrał przedsiębiorca - czyli nasze państwo. Ono monopolizowało energetykę (wiodące na rynku cztery spółki państwowe) , gazownictwo (ustawa o magazynowaniu wyeliminowała konkurencję PGNiG), także paliwa (handel hurtowy opiera się na Orlenie). Ale powoli zacznie za tę drogę też płacić w postaci wspomnianych kosztów. Te koszty to nieunikniona drożyzna i w efekcie spadek poziomu życia wielu obywateli. A czy jak obywatele się zorientują, że zabierane są im pieniądze, to może nie być zmiłuj? Może, ale to we Francji lub w Bułgarii. W Polsce na szczęście mamy dość ugodowe i karne społeczeństwo.

Drugą przyczyną jest chęć niejakiego Roberta Kubicy z Krakowa do pojeżdżenia sobie bardzo szybkim samochodem. Rozumiem to. Kto by nie chciał? Ale okazuje się, że sport to nie tylko zdrowie, to przede wszystkim pieniądze. A jak Robert Kubica z Krakowa chce sobie pojeździć szybkim bolidem, to trzeba za to zapłacić. Ile? W sumie niewiele. Cytuję za Wirtualnemedia.pl:

"Sponsorem team'u został PKN Orlen, który ma wyłożyć - według nieoficjalnych informacji - ok. 10 mln euro za sezon na wsparcie team'u Williamsa. Orlen ma opcję przedłużenia współpracy na drugi sezon. Firma zdecyduje się na to, jeżeli Robert Kubica będzie kierowcą Williamsa także w 2020 roku. Umowa Orlenu z Williamsem będzie najwyższym kontraktem sponsorskim podpisanym przez polską firmę. Dla porównania, Grupa Lotos w latach 2015-2018 za bycie głównym sponsorem naszej reprezentacji piłkarskiej płaciła 10 mln zł rocznie."


Nie płacą. Więc czekam na cud. Tylko w Wiśle Kraków


W Wiśle Kraków nie płacą piłkarzom. Od miesięcy. Podobno od wielu miesięcy. Ponadto klub nie pieniędzy na opłaty za stadion, i tak już obniżone przez gminę. Co robią piłkarze? Na szczęście czekają. Czekają na cud. Czytaj: inwestora z kasą.

Ja tak się zastanawiam, gdybym nawet miał dużo kasy i nawet bardzo lubił krakowską piłkę (tę z północnej strony wielkiego trawnika w centrum miasta), to po kiego licha miałbym wydawać tę kasę właśnie na Wisłę? Inwestycja? Inwestycja to żadna. Nie ma co do tego wątpliwości, skoro wycofał się z niej za "waciki" wieloletni prywatny właściciel akcji - Bogusław Cupiał. Promocja? Taka sobie. Cokolwiek nie zrobisz, i tak będzie źle. Ponadto nie będziesz musiał (ani mógł) niczego zrobić samodzielnie, bo i tak kibice ci powiedzą, co masz zrobić i jak. I - wierz mi - lepiej ich posłuchać po dobroci.

O absurdzie niedostosowania kosztów do przychodów i specyfiki finansowania naszych klubów przez samorządy, państwo i firmy państwowe możecie państwo znaleźć mój artykuł w czasopiśmie Controlling i Zarządzanie, pod jakże znamiennym tytułem: "Wisła Kraków na zakręcie finansowym… Czy wysokie opłaty za stadion w polskich warunkach mają jakikolwiek sens?"

Pełni spis treści numeru 26. tutaj:

O TYM SIĘ MÓWI
Wywiad z Anną Adamską-Makowską: Controlling w procesie zarządzania halą wystawienniczo-eventową
Rekordowa liczba niewypłacalności firm w Polsce
Wieści z rynku
WYMIANA DOŚWIADCZEŃ
Krzysztof Bruliński
Promocje handlowe – organizacja i ocena inwestycji
Marta Celej
Wspieramy zarządzanie wielkimi projektami
Beata Zborowska
Kiedy i do jakich zadań warto zatrudnić interim managera?
CONTROLLING I RACHUNKOWOŚĆ ZARZĄDCZA
Anna Latoszek
Jak zbudować różnorodny i efektywny zespół controllingowy?
Edyta Szarska
Efektywna praca controllera: 30% krócej w pięć tygodni
RACHUNKOWOŚĆ I SPRAWOZDAWCZOŚĆ FINANSOWA
Mariusz Sumiński
Wzorcowa dokumentacja konsolidacyjna 29
Sylwia Branczewska
Audyt procesów księgowych – zawracanie głowy czy skuteczny sposób na optymalizację w firmie?
RAPORTOWANIE
Roman Kotapski
Nie liczy się tylko marża handlowa, ale też rzeczywisty wynik na kliencie!
OPTYMALIZACJA KOSZTÓW
Maciej Skudlik
Wisła Kraków na zakręcie finansowym… Czy wysokie opłaty za stadion w polskich warunkach mają jakikolwiek sens?
ZASOBY LUDZKIE
Karolina Korzeniewska
Vendor management: nietrafiona rekrutacja – co dalej?
ZARZĄDZANIE
Piotr Bucki
Skuteczne delegowanie zadań i odpowiedzialności
PRZY KAWIE…
Agnieszka Wnukowska
Dłużnicy pod lupą, czyli na tropie opóźnień w płatnościach

Czy małe stacje narciarskie przetrwają? Chyba jednak nie

Najpierw wieści dobre: wszystko wskazuje na to, że modernizacja w Szczyrku nie przeciągnie się, i że sezon ruszy normalnie. Świadczy o tym uruchomienie systemów naśnieżania - o dużo wcześniejszej porze roku, niż w zeszłym sezonie. Ale przecież Słowacy władowali w Szczyrk tyle kasy, że byłoby dziwne, gdyby corocznie popełniali te same błędy. 

A co poza Szczyrkiem? Mimo boomu gospodarczego oraz wyraźnie wzrastającej zamożności społeczeństwa rynek narciarski w Polsce czekają inne czasy, czytaj: raczej trudne. Uderzają obecnie w jego fundamenty podstawowe czynniki kosztowe:
  • wzrost wynagrodzeń i znaczący ubytek pracowników sezonowych;
  • wzrost cen energii elektrycznej;
  • zmiany w opłatach za wodę do naśnieżania.
Wszystkie te elementy razem wzięte mogą się złożyć na naprawdę znaczącą podwyżkę kosztów funkcjonowania stacji narciarskich w Polsce.  Jaki będzie tego efekt? W zbliżającym się sezonie narciarzy czeka coś, czego nie było od lat: drożejące skipassy. W zasadzie to nie czeka, już ten efekt działa. Oto kilka przykładów ogłoszonej na sezon 2018/2019 standardowej ceny biletu jednodniowego bez zniżek w środku sezonu:
  • Szczyrk - 119 zł;
  • Jaworzyna Krynicka - 110 zł;
  • Sienna Czarna Góra - 110 zł;
  • Białka Tatrzańska - 105 zł;
  • Krynica Słotwiny - 105 zł;
  • Pilsko Korbielów - 80 zł

Tyle na razie wiemy. A czego nie wiemy, to może i lepiej (Kasprowy!). Duże i renomowane (czytaj: popularne i dobrze zlokalizowane) stacje spróbują się więc obronić naturalną w tej sytuacji podwyżką cen karnetów.

A co mają począć małe stacje, typu Stożek, Cieńków, Soszów? Te lepsze infrastrukturalnie (Złoty Groń, Stok) pewnie też podniosą ceny i ... ograniczą naśnieżanie do jednej, no maksimum dwóch tras. Jak spadnie dużo śniegu, pozostałe też uruchomią, jak nie - no cóż! Te słabsze i gorzej zlokalizowane (ach ta wygoda współczesnych "nowych" narciarzy!) mogą zbankrutować. I dołączyć do Kotarza, Ochodzitej, Beskidka, Rówienek i im podobnych - na dziś wymarłych - stacji. Nikt normalny bowiem nie zapłaci kilkuset złotych za kilkugodzinną przyjemność korzystania z orczyków dla całej rodziny np. w Przyłękowie. Szczyrk się obroni renomą, Przyłęków - nie.



Swoją drogą narciarstwo nigdy nie było tanią rozrywką, ale obecne ceny uprawiania tego sportu (sportu? dziś już raczej chodzi o lans) przyprawiają o zawrót głowy. Jeszcze jakiś czas temu było w Polsce przynajmniej znacznie taniej, niż na Słowacji czy w Austrii. Teraz ceny robią się porównywalne, oferta też jest coraz lepsza, ale - umówmy się - Alp to w Polsce nie ma. A jakość usług też nie dorównuje austriackiej.


Złych wieści na najbliższą zimę może być więcej. Oto komunikat z Wierchomli:

"Zarząd Stacji Narciarskiej Dwie Doliny Muszyna – Wierchomla pragnie poinformować, że pomimo długotrwałych negocjacji dotyczących gruntów Szczawnika, nie udało się dojść do porozumienia w sprawie ich dzierżawy. W związku z tym w sezonie 2018/2019 będą działały jedynie wyciągi po stronie Wierchomli Małej. Jednocześnie zawiadamiamy, że właśnie opracowujemy nowy cennik karnetów narciarskich. Gwarantujemy, że nowe ceny będą niższe! Nowy cennik już wkrótce ukaże się na naszej stronie www.wierchomla.com.pl."

środa, 14 listopada 2018

Jesień z rachunkowością. Rachunkowość zarządcza. Koniec cyklu


I wreszcie kończymy.


W tle istnieje jeszcze rachunkowość zarządcza


Omówiliśmy po drodze wszelkie wymagane prawem modele rachunkowości. I chociaż wydaje się to wprowadzaniem jeszcze większego chaosu, wiele przedsiębiorstw z własnej nieprzymuszonej woli wdraża jeszcze jeden typ ewidencji. Mowa o rachunkowości zarządczej, czyli takim modelu ewidencji i raportowania danych, aby na ich podstawie było możliwe podejmowanie decyzji zarządczych. Rachunkowość zarządcza to najczęściej podział wyniku (czyli wszystkich elementów przychodowych i kosztowych) na poszczególne segmenty działalności, produkty, klientów, to również ewidencja danych na poszczególne jednostki organizacyjne oraz w konsekwencji raportowanie i rozliczanie budżetów wszystkich działów.
Są różne ścieżki budowy właściwego modelu rachunkowości zarządczej, przy czym warto zaznaczyć, że powinien on być indywidualnie dostosowany do potrzeb każdego przedsiębiorstwa, czyli taki, aby dało się podejmować istotne i właściwe decyzje gospodarcze. Aby taki system działał dobrze, między zdarzeniem, ewidencją i raportem nie może być znaczącej odległości czasowej, decyzje podejmowane na początku marca na bazie wyników za styczeń są bowiem z góry obarczone istotnym błędem analizy czasów prehistorycznych w biznesie wymagającym stałych i szybkich zmian. Dlatego szereg przedsiębiorstw obok istniejących systemów księgowych wprowadza tak zwane nakładki controllingowe z wyodrębnionymi obiektami controllingowymi, czyli specjalnie utworzonymi dodatkowymi miejscami ewidencji danych. Dostrzegli to producenci oprogramowania, którzy albo oferują w standardzie takie nakładki, albo po prostu tworzą takie systemy ewidencyjne. Często jest tak, że mądry informatyk wewnątrz firmy jest w stanie tak przekształcić istniejące oprogramowanie, że żadne drogie zakupy nie są potrzebne. Zresztą inwestycja w drogie nakładki może się okazać zbyteczna, jeśli przedsiębiorstwo ulega stałym zmianom organizacyjnym, gdyż wówczas istnieje potrzeba ciągłej modyfikacji (przecież nie za darmo) istniejącej nakładki.
Wspomniano już wcześniej, że w formach stosujących IFRS pewne elementy controllingu zostały przetransferowane do sprawozdań finansowych, czyli powierzone pracy księgowym. Takie przedsiębiorstwo ma w pewnym stopniu rachunkowość zarządczą już wdrożoną w ramach IFRS.

Podsumowanie cyklu


Opisane wcześniej różnice między poszczególnymi modelami rachunkowości mogą sprawić, że Czytelnik będzie miał mętlik w głowie, co jest oczywiście w pełni usprawiedliwione. Dlatego też nie powinien on z tego powodu czuć żadnego dyskomfortu. Podobnie niepewnie czują się zapewne eksperci mający wpływ na kształt prawa rachunkowego, w tym nawet członkowie Rady IFRS. Wyczuwają oni, że zasada „co kraj, to obyczaj” zdecydowanie nie służy wizerunkowi tej dziedziny, i co jakiś czas podejmują próby opanowania chaosu.
Aby uzasadnić różnice między rachunkowością podatkową, rachunkowością bilansową (wg polskiej ustawy o rachunkowości) oraz rachunkowością międzynarodową (wg IFRS), tak naprawdę trzeba sięgnąć do psychologii. Nauka ta kwalifikuje poszczególnych przedstawicieli zbiorowości, jaką jest ludzkość, do jednego z czterech głównych wyróżniających się typów osobowości:
  1. Dyktator choleryk.
  2. Towarzyski sangwinik.
  3. Perfekcyjny melancholik.
  4. Spokojny flegmatyk.
Pierwsze dwa typy to ekstrawertycy, dwa pozostałe to introwertycy. Ponadto 1. i 2. typ to optymiści o zawyżonej samoocenie, a 3. i 4. to pesymiści o obniżonym poczuciu własnej wartości. Są jednak różnice między typami 1. i 2. Dyktator to zadaniowiec, który jest nastawiony na realizację celów i nie kieruje się uczuciami, natomiast sangwinik to promotor i innowator, człowiek nastawiony przede wszystkim na relacje z ludźmi i uczucia. Melancholik to z kolei perfekcjonista skupiony na pięknie swoich analiz i niepotrafiący podejmować decyzji, zaś flegmatyk potrafi podejmować decyzje, jednak dopiero po głębszych i długotrwałych przemyśleniach[1].
Teraz przechodzimy do clou naszych rozważań — do związku przedstawionych informacji z typami rachunkowości, a zwłaszcza do sposobu podawania i zakresu informacji w stosowanej legislacji. Spróbujmy na wyżej przedstawionym schemacie umieścić typowego niegdyś buchaltera oraz doradcę podatkowego. Otóż obaj są — niemal bez wyjątku — perfekcyjnymi melancholikami. Ustawodawca, tworząc ustawy podatkowe, potrzebuje kogoś, kto się na tym zna i mu je napisze. Taką grupą są wspomniani doradcy. Zatem prawo podatkowe piszą zwykle perfekcyjni melancholicy. Efekt jest taki, że nie ma tutaj prawie wcale pola do interpretacji, poziom zaufania ustawodawcy do wykonawców jest bardzo niski, gdyż uważa on, że wszystkie niuanse powinny zostać przewidziane, a ścieżki postępowania — odpowiednio rozpisane. Oczywiście jest to wygodna ścieżka również dla drugiej strony, która szukając właściwych metod postępowania, natrafia na twarde, konkretne wytyczne.
Na drugim biegunie jest sposób przedstawiania ścieżek postępowania wg IFRS. Jest to legislacja napisana z myślą o dużych przedsiębiorstwach przez osoby, które są innowatorami doradzającymi tym firmom i skupiającymi się głównie na stronie zarządczej oraz realizacji celów strategicznych. Ten fakt, w połączeniu z typem osobowości ludzi piszących te przepisy, a widać tu ewidentną nadreprezentację sangwiników, powoduje, że zdaniem twórców prawa nie trzeba ujmować wszystkiego w sztywne ramy. W IFRS królują przepisy sugerujące wyceny wg „wartości rynkowych”, przyjęcie „zasadnych gospodarczo” okresów użytkowania i wiele innych elementów, o których można powiedzieć, że są nieco „płynne”. Jeżeli odbiorcą tych przepisów jest księgowy będący typowym melancholikiem, nie da się ukryć, że wydaje mu się, iż panuje tu chaos. Ten typ osobowości nie lubi bowiem takich „nieostrych” wykładni i stara się wyszukać coś, co może stanowić pewien punkt zaczepienia. Tacy ludzie często naśladują postępowanie innych w podobnej materii. Widać to chociażby w sposobie prezentacji bilansu i rachunku wyników przez polskie spółki notowane na giełdzie, który jest w miarę jednolity, mimo iż obowiązujące je IFRS nie wskazują konkretnego ich kształtu, mówią tylko o „ujęciu pozycji istotnych”, cokolwiek to oznacza[2].
Ten dość jaskrawo przedstawiony „konflikt” stoi od lat na przeszkodzie w zsynchronizowaniu legislacji, a mamy tutaj zarysowany tylko problem naszego kraju. Jeśli jednak rozwinęlibyśmy rozważania na przykład o GAAP, wówczas doszłyby jeszcze różnice między sposobem myślenia typowego Amerykanina i Europejczyka.
W tej chwili tendencja w zakresie ewentualnego ujednolicenia zasad jest jednak wyraźna. Na obszarze Unii Europejskiej dąży się systematycznie do maksymalnego zbliżenia ustawodawstwa krajowego do IFRS. Widać to po kolejnych zmianach do ustawy o rachunkowości, która na razie — zachowując pewną autonomię — w „nowych” punktach coraz bardziej zbliża się do rozwiązań międzynarodowych. Podobnie Amerykanie przyjęli zasadę stopniowego dostosowywania GAAP do IFRS. A zatem teoretycznego zwycięzcę już mamy. W drugim przypadku różnic jest mniej, ale w praktyce zmiany są powolne, a głównym problemem jest już wspomniany inny priorytet ekspertów w USA (ochrona wyniku finansowego) niż u Europejczyków (ochrona wartości przedsiębiorstwa). Inną przeszkodą jest fakt, że kompromis wymaga ustępstw, a nie zawsze jest łatwo na nie iść. W końcu mówimy o ludziach, którzy są wybitnymi ekspertami w swojej dziedzinie, cieszą się zasłużonym prestiżem i zasadniczo prawie zawsze uważają, że ich zdanie jest słuszne, i są gotowi go bronić z użyciem wszelkich dostępnych środków.
Chyba więc jednak jeszcze przez jakiś czas jesteśmy zdani na istnienie wspomnianego chaosu.



[1] Źródło: M. Skudlik, Podstawy finansów i rachunkowości. Podręcznik dla menedżerów, Onepress, Gliwice 2013.
[2] Tamże.