niedziela, 26 marca 2017

Stereotypy. Równoległe rynki pracy

Rozmowa kwalifikacyjna na poważne stanowisko wymagające fachowości:
"-No, si-wi ma pan niezłe. A ten ostatni zakład, gdzie pan pracował, to do kogo należał? - pyta szukający pracownika biznesmen.
-Nie wie pan, przecież to spółka skarbu państwa - odpowiada kandydat.
-Skarbu państwa? Państwowa? Nie.. proszę pana, to pomyłka, ja ludzi z firm państwowych nie zatrudniam.
-Ale ja się przecież znam na tym, co robię.
-A wuj mnie to obchodzi. Wy, po tych firmach państwowych, to nie potraficie pracować. A jeśli nawet, czego nie wykluczam, macie chęć do roboty, to pracujecie bez sensu. Nie macie podejścia biznesowego. Zresztą szkoda mojego i pana czasu."
I wyszedł trzasnąwszy drzwiami.

Ta, mająca kiedyś miejsce w rzeczywistym świecie scena uświadamia nam, że mamy na polskim rynku dwa równoległe rynki pracy: państwowy i prywatny. Są ludzie, którzy robią karierę w PGNiGu, przenoszą się do PGE i jak tam stracą pracę, lądują w PZU. Ale nie w Asseco. Z kolei ci, którzy rozpoczynali karierę w Asseco, mogą zasilić szeregi Comarchu, CD Projectu lub nawet fabryki obuwia pana Zbyszka. I tak to sobie działa. Tymi światami rządzą stereotypy, bo trudno sobie wyobrazić, aby jeden świat - obojętnie który - zatrudniał tylko durniów, a drugi - obojętnie który - samych fachowców najlepszych na świecie. Ludzie inteligentni zasadniczo potrafią się bardzo szybko przestawiać i przystosowywać. I nie jest wcale wykluczone, że pani z urzędu miejskiego nie ma kwalifikacji twardych i miękkich do pracy u producenta lodów. Ale jak tu przełamać stereotypowe myślenie?

sobota, 25 marca 2017

Szanujmy ostatnich dziennikarzy, tak szybko odchodzą

Paweł Zarzeczny nie był z mojej parafii, w dodatku był wrogiem "po szalu". Nie prowadził pewnie "sportowego" trybu życia, ale na sporcie się znał, bez dwóch zdań. Miał też jedną, coraz rzadszą w dzisiejszym świecie, cechę. On miał swoje zdanie i nie bał się go wypowiadać.

Był więc tylko i aż dobrym dziennikarzem.

Bycie dobrym dziennikarzem to tak niewiele i tak wiele zarazem. Nie można po prostu przepisywać wiadomości z PAP lub z netu metodą ctrl c/ ctrl v. Trzeba napisać coś od siebie. Trzeba to zrobić w sposób interesujący. Trzeba to zrobić, nie robiąc błędów ortograficznych. Trzeba pisać prawdę. Trzeba opisywać fakty. I nie bać się własnych wniosków. Tylko i aż tyle. Dla wielu (bardzo wielu) nieosiągalne.

Szanujmy ostatnich dziennikarzy, tak szybko odchodzą.

Wolna myśl. I ty chciałeś zostać piłkarzem

Kiedy okazuje się, że prezes spółki zależnej od skarbu państwa zarobił rocznie trzy miliony złotych, opinia publiczna trzęsie się z oburzenia. A partia rządząca zareagowała wprowadzając przepisy ograniczające "rozpasanie". Ciekawostkę stanowi fakt, że oficjalne trzy bańki dla niejakiego Jędrzejczyka opinia publiczna puszcza bez większego komentarza. A przecież na przykład prezes Jagiełło, który w 2016 roku wg raportu PKO BP skasował wspomniane 3 banki (dokładnie 3 029 tys. zł) musiał się najpierw trochę pouczyć. Według cioci Wikipedii skończył nawet jakiegoś em-bi-eja. Chyba ma też określone kwalifikacje, jeśli w l.2012, 2014, 2015 "został wyróżniony w konkursie „TOP 20 Najlepsi Menedżerowie w Polskiej Gospodarce"" (cytat).
W ślad za tymi faktami przeprowadziłem sam ze sobą określony dialog:
-Czy porównywanie prezesa Jagiełły z piłkarzem Jędrzejczykiem jest zasadne?
-Ależ oczywiście, że tak!
-Ale przecież mamy do czynienia z porównaniem osoby zarządzającej jednym z największych w Polsce banków z gościem jako-tako kopiącym okrągły przedmiot!
-No i co z tego?
-Jak to, co z tego?
-To przecież oczywiste. Prezes Jagiełło musiał męczyć się w ławkach, czytać te uczelniane "półkowniki" i zdawać te trudne egzaminy z jednego podstawowego powodu. Tym powodem był brak wystarczającego talentu sportowego. Przecież on, jak i ty, i jak każdy inny młody chłopak, chciał zostać piłkarzem. Nie był wystarczająco dobry na boisku, więc tak trochę zastępczo, został prezesem banku. Nie spełnił swoich marzeń, choć coś tam osiągnął. Ale dużo mniej, niż Jędza, któremu udało się nawet parę razy zagrać w reprezentacji.
-Bredzisz. Prezes banku to naprawdę budząca szacunek fucha.
-No tak. Ale każdy Polak wie, kto jest trenerem reprezentacji Polski. Wątpię z kolei, czy badanie na przykładowej grupie respondentów przyniosłoby znaczący odsetek takich, którzy wiedzą, jakie imię i nazwisko ma na przykład prezes Aliora. Szczerze mówiąc, sam nie wiem. Muszę sprawdzić u wujka Google'a.

Ciekawe miejsca. Na końcu świata. Przemyśl

Wizyta biznesmenów z Przemyśla w Warszawie:
"- A panowie to skąd przyjechali?
- Z Przemyśla.
- A co to za miasto?
- Jeśli chodzi o ilość zabytków, to porównywalne z Warszawą. Natomiast (w przeciwieństwie do Warszawy) wszystkie te zabytki można zwiedzić w pół godziny piechotą. Ponadto mamy piękny krajobraz z doliną Sanu, bardzo ładny rynek, zamek, całkiem duże pagórki, stok narciarski w mieście i ... spokojną wieś już kilometr od centrum."

Ten dialog oddaje wszystko lub prawie wszystko. Przy czym prawie czyni pewną różnicę. Miasto ma bowiem też swoje wady. Po oddaniu obwodnicy nie ma już gigantycznych korków, ale nadal mowa o miejscowości ... odciętej od większej cywilizacji. Co prawda autostrada od niedawna jest w pobliżu, ale nie zmienia to faktu, że do najbliższego miasta uniwersyteckiego jest 80-90 km (Rzeszów). Ponadto od wschodu granica, od południa granica, a przekraczanie jej wymaga czasu i procedur. Mowa bowiem o granicy strefy Schengen. Stąd młodzież raczej ucieka z miasta. Stąd trudno w mieście i okolicach o dostęp do fachowców w bardziej wyspecjalizowanych dziedzinach. Trudno też o tak zwaną "tanią siłę roboczą", bo ta zasadniczo przecież żyje z ... granicznego przemytu. No i tak naprawdę to przecież w takim miejscu to ... wszyscy się znają. Można więc dostać lekkiej klaustrofobii. Ale rekompensuje to krajobraz, urok samego miasta i ... mnogość bocianów w peryferyjnych dzielnicach.

PS. Tym artykułem wznawiam znany z "Blogu o ryzyku, prawie i energetyce" cykl "Ciekawe miejsca".

Będzie jeszcze między innymi o Rudzie Śląskiej (miasto frontowe), Bytomiu (przypomnienie o małpie, która zepsuła zegarek), Rzeszowie (miasto wygrane na reformie samorządowej), Warszawie (miasto na pustyni, bogate, tylko szkoda, że nie da się tu mieszkać), Krakowie (bez noża nie wychodź z domu) i o znanym z książek Krajewskiego Breslau (tu małpa naprawiła zegarek, miasto skupione wokół pięknego rynku).

A przed latem zostanie dodatkowo uruchomiony cykl "W klapkach i skarpetach frotte" o miejscach typowo turystycznych na wesoło. Czekam też na sugestie lub autorskie pomysły zainteresowanych udziałem w cyklu.

piątek, 17 marca 2017

Biznes narciarski. Modernizacja? Tak, ale z głową. Austria w Polsce? Jescze nie teraz

Udział w zawodach na Czarnej Górze uzmysłowił mi, że w Polsce robi się biznes narciarski często nieco bez głowy. Idea "Austrii w Polsce" jest fajna, ale jeszcze niestety sporo do ideału brakuje.

Po pierwsze ośrodek zyskał w tym sezonie szybką kolejkę na stoki Czarnej o nazwie Luxtorpeda i przepustowości 3000 osób na godzinę. Problem polega na tym, że przy ograniczonej dostępności czarnej trasy (wieczorem jest w ogóle zamknięta) cały ruch narciarski z wyciągu kierowany jest na jedną trasę - czerwoną. Ta jest teoretycznie długa, w miarę szeroka i naprawdę fajna, szkoda tylko, że po modernizacji wyciągu nie da się na niej jeździć. Po prostu czerwona trasa jest standardowo ... czarna od ludzi. Ponadto po jakichś mniej więcej dwóch godzinach od otwarcia jest doprawdy solidnie "zrąbana". Radość z jazdy w ośrodku ratuje krzesełko na stok Żmijowca. I dwie w pełni otwarte trasy, które nie są aż tak zatkane.

Po drugie ta nasza "Austria w Polsce" jest pod wieloma względami jakaś taka niedorobiona. Przejazd między krzesłami? Brak. Parkingi w ... błocie. Przejazdy między apartamentami i hotelem wąskie i strome - jakby nie szło pewnych rzeczy budowanych od zera trochę lepiej zaprojektować. I jeszcze parę innych niedoróbek.

Ale "darowanemu koniowi nie patrzy się z zęby", dostałem karnet, wikt i opierunek, całkowita krytyka jest więc z mojej strony trochę nie fair. W końcu ośrodek jest na pewno jednym z najlepszych w Polsce. A już na pewno jest lepszy od Białki, bo i trasy są o wiele bardziej interesujące dla dobrego narciarza. Ja całość tych niedociągnięć tłumaczę sobie tym, że projekt "Austria w Polsce", podobnie jak opisywany przez Suworowa "idealny komunizm" to coś jeszcze niedokończonego. Że niedoróbki zostaną usunięte, błędy poprawione, przepustowość Luxtorpedy zmniejszona lub (co jest trudniejsze, ale bardziej prawdopodobne) zostanie dorobiona dodatkowa niebieska trasa z Czarnej, parkingi wyasfaltowane, wyciągi połączone trasami bez konieczności odpisania nart w wspinania się po błocie. Pewnie na wszystko trzeba czasu i - o czym się tak głośno nie mówi - pieniędzy. No i trochę wyobraźni.

czwartek, 16 marca 2017

Stary człowiek i (jeszcze) może

W zawodach sportowych liczy się nie udział, lecz zwycięstwo. Nie udało się. Jednakże stary, łysy i gruby autor niniejszego blogu zajął tylko (lub aż) dziewiąte miejsce w slalomie gigancie w Zimowych Igrzyskach Rynku Kapitałowego na stoku Czarnej Góry. Dziewiąte miejsce na wszystkich białych kołnierzyków w Polsce! To słabo? Może jednak nie. Informacja o Igrzyskach na stronie: wcmg

poniedziałek, 13 marca 2017

Błąd w systemie PESEL! Awans emerytów z Nikisza

Kapitan drużyny i strzelec bramki na 3-2 ma rocznikowo 46 lat. Grający trener i as pierwszego ataku - 42 lata. Strzelec decydującej bramki też nie jest już młodzieniaszkiem. Obaj to byli reprezentanci Polski. A broniący w finale golkiper jeszcze dwa sezony temu był wystawiany w ataku. I taka to drużyna po zaciętej walce wygrała I ligę hokeja na lodzie. Wygrała ją po zaciętym i nieco nerwowym finale z Zagłębiem. Po bardzo dobrych jakościowo meczach i przy komplecie publiczności na Jantorze.

W zasadzie to wypadałoby napisać, że drużyna Naprzodu Janów wywalczyła awans do ekstraligi. Ale tu odzywają się dzwonki alarmowe. Po pierwsze ten awans jest nie na rękę związkowi, który chyba już sam pogubił się w swoich machinacjach, dzikich kartach, obietnicach, że nikt nie spadnie oraz tworzeniu arbitralnego systemu licencyjnego. Po drugie ten awans nie jest na rękę ... miastu. Władze Katowic prawdopodobnie zrobią teraz wszystko, aby "uwalić" drużynę, która wywalczyła promocję do ligi, z której przecież ... wcale nie spadła. Władze miasta postawiły na jedną markę i jeden klub. Jeśli są konsekwentne, będziemy mieli do czynienia z procesem ubijania "konkurencji". A sport? A kogo to obchodzi? Przecież można wszystko ustalić przy zielonym stole!

Ale mimo tych obaw wypada hokeistom z Nikisza pogratulować sukcesu, od którego pewnie wiele osób rozbolała głowa. Chcesz oglądać w Katowicach hokej na najwyższym poziomie? Jedź na Jantor.